Kevin w każdym z nas

Film Chrisa Columbusa o Kevinie, który zostaje sam w ogromnym domu w czasie świąt Bożego Narodzenia, nie byłby dla nas tak ważny, gdyby stanowił tylko dobrej jakości familijną rozrywkę. Jego mądrość polega na umiejętności zajrzenia pod podszewkę świątecznego zgiełku i ukazania rzeczywistości, o której nikt wcześniej nie tylko nie miał pojęcia, ale nawet nie mógł sobie wyobrazić. Ci najsilniejsi okazują się być najsłabsi, najsłabszy staje się tytanem. Nic lepszego dla zilustrowania sytuacji sprzed dwóch tysięcy lat, gdy Król urodził się w podłej wiosce, bez prawa Rodziców do godziwego noclegu.

Boże Narodzenie to czas, o którym przyjemnie myślimy na początku grudnia – radio zaczyna grać świąteczne przeboje, odliczamy dni do chwil, kiedy będziemy mogli odpocząć. Gdzieś około piętnastego mamy już dość wersu „in the meadow we can build a snowman”, ale urok świąt jeszcze majaczy na horyzoncie. Tuż po dwudziestym, niczym dowódca sprawdzamy liczebność wojsk, i okazuje się, że tym razem bitwa będzie sromotnie przegrana – brak prezentów, finanse w rozsypce, nie wiemy, kto będzie mógł przybyć na święta, ponad siły wydaje nam się wspólna kolacja i dzielenie się opłatkiem – chyba że do stołu wigilijnego zamiast „wędrowca” usiądzie mediator. Tylko jedna rzecz może uratować wigilię – nadzieja, że o dwudziestej będzie można obejrzeć Kevina.

Film „Kevin sam w domu” rozpoczynają obrazy Księżyca i świątecznie przystrojonego domu – symbole duszy i niesamowitości oraz pewnej fasadowości, cukierkowatego obrazu szczęśliwej rodziny, jaką chcieliby stanowić w oczach swoich i sąsiadów rodzice Kevina. W środku gwar i hałas, totalny nieporządek, cwaniactwo (kto zapłaci za pizzę?) i bezkrólewie. Dorośli zagubieni, dzieci okopane na swoich pozycjach, każdy tam, gdzie czuje się najbezpieczniej. Pośrodku nich Kevin – odtrącony, niezrozumiany, bez poczucia głosu i ważności. Za niegrzeczne zachowanie – które jest wiele bardziej wynikiem chaosu panującego w domu niż autentycznej winy – zostaje zamknięty na strychu, co staje się źródłem dalszych perypetii, które będą miały wpływ nie tylko na życie Kevina, ale także jego mamy, Kate, i demonicznego sąsiada.

Wielodzietna rodzina funkcjonuje jak jeden organizm, stąd decyzja, by zamknąć osobę, która według Kate aktualnie psuje jego funkcjonowanie, jest zrozumiała. W sferze symbolicznej Kate zamyka tym samym na strychu swoje serce, dostęp do swojej prawdziwej matczynej natury – cierpliwej, łagodnej, opiekuńczej. Dzieci są tylko liczbą, która musi się zgadzać, i którą trzeba przetransportować na lotnisko. Gdy wystarczyło kilka chwil uwagi poświęconej Kevinowi, by dowiedzieć się, co tak naprawdę się wydarzyło, że zachował się w sposób, który można wrzucić do  pojemnego jak ocean worka „niegrzeczny” – Kate woli wykonywać szybkie histeryczne gesty, które utwierdzają ją w przekonaniu, że jest dobrą matką. Tak jak w sytuacji, gdy już po odkryciu, że jedno dziecko zostało w domu, stawia na nogi kilka kolejnych lotnisk odwołując się do najwyższej prawdy o sobie: „jestem matką”, „proszę panią jak matka matkę”. Kate walczy jak lwica, by wrócić  z Francji do Kevina, podczas, gdy na co dzień w domu był dla niej niewidzialny.

Małomówny sąsiad Kevina, o którym krążą krwiożercze legendy, to osoba podwójnie odrzucona – przez rodzinę swojego syna, i lokalną społeczność, tworzącą jego mroczny wizerunek seryjnego mordercy. Spotkanie z Kevinem stanowi dla niego okazję do odsłonięcia rany, która boli i nie pozwala normalnie funkcjonować – braku kontaktu z najbliższą rodziną. Rezolutność ośmiolatka i trafnie zadane pytania pozwalają Marleyowi zebrać się na odwagę i wykonać pierwszy krok ku pojednaniu. To on jest także osobą, która ratuje Kevina z pułapki pozornie bez wyjścia – gdy dostał się w ręce upokorzonych oprychów. Krwawa legenda Marleya ma szansę zamienić się w rzeczywisty akt agresji, który jednak skierowany jest przeciwko złu – czyli jak najbardziej na miejscu.

Sam Kevin to osoba, dla której warunki, w których żyje na co dzień (i które są pozornie komfortowe) stanowią duże ograniczenie w rozwinięciu skrzydeł – samodzielności, wyobraźni, myślenia o sobie samym. Dopiero skrajnie nieprzyjazna sytuacja wyzwala w nim pokłady energii, by zbudować nowego Kevina – obrońcę domu, twierdzy rodziny McCallisterów, a tak naprawdę własnej tożsamości.

Święta to czas, w którym miłość miesza się z bólem, rodzina wspiera, a jednocześnie podcina skrzydła, każdy próbuje się w tym na własną rękę odnaleźć. Potrzeba wiele cierpliwości, by znieść po raz wtóry pytanie: „Dlaczego przebrałeś się za kurczaka?”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi